POŻEGNANIE ZE SMOCZKIEM

—————————————————————-

—————————————————————-

W tekście pominęłam takie wątki, jak:
– wychowywać dziecko ze smoczkiem czy bez?
– potrzeby malucha stojące za zamiłowaniem do ssania
Skupiłam się jedynie na wycinku tej obszernej smoczkowej kwestii, jaką jest rezygnacja z niego, a i tak powstało sporo tekstu obudowanego osobistą opowieścią.

—————————————————————-

Kolejne dni z życia mojej córki mijały i coraz częściej w mojej głowie pojawiało się pytanie, kiedy nadejdzie ten właściwy moment na jej pożegnanie ze smoczkiem, bo podskórnie czułam, że to już chyba „za długo”. Myśl ta kiełkowała mi inspirowana nie moją fachową wiedzą psychologiczną, a tym, czym po prostu nasiąkłam  jako kobieta i matka. Przed narodzinami mojej własnej córki nigdy nie zastanawiałam się nad tym

ile dziecko „jeszcze może” korzystać ze smoczka, a kiedy już „nie powinno”?

Oznaczało to zmierzenie się z mojej własnej głowie z różnymi stereotypami na ten temat oraz zasłyszanymi „dobrymi radami”.

Latorośl zmierzając ku swoim drugim urodzinom nie wykazywała jednak żadnych znamion znudzenia tym oralnym gadżetem, wręcz przeciwnie. Przez ostatnie kilka miesięcy utrwalił się w naszym domu pewien rytuał „do kojenia” uruchamiany każdorazowo, gdy córka:
– niecierpliwiła się
–  uderzyła się
–  coś ją bolało lub w inny sposób dokuczało
– była zmęczona
– zasypiała
– podczas spania
–  przebudziła się w środku nocy
–  czuła się przytłoczona nadmiarem wrażeń,
– spotykała obce osoby
– czuła się niepewnie
– itd…

Do uskutecznienia rytuału potrzebny był:
– ukochany królik-przytulanka
– smoczek
– rodzic

Początkowo w naszym domu maskotka i smoczek funkcjonowały oddzielnie, jednak z czasem przylgnęły do siebie w sposób nierozerwalny. Ilekroć  córka tuliła ukochanego pluszaka, natychmiast rozglądała się za smokiem, no i na odwrót. Gdy miała jedno i drugie, biegła na chwilkę się przytulić i oddalała się już spokojna, powłócząc za sobą „szaraka” (pierwotnie królik był biały), ale i z pełnymi ustami…

Widok mojego malucha z wyświechtaną maskotką rozczula moje serce, ale ten smoczek… zaczął mi przeszkadzać. No właśnie o czyje tu potrzeby właściwie chodzi?

Czy można liczyć i mieć nadzieję, że smoczek zacznie przeszkadzać dziecku i samo z niego zrezygnuje?

Problemem stało się wspólne czytanie książeczek, zabawy w kuchni czy urządzanie podwieczorków dla lalek i maskotek, bo honorowym gościem na nich był ukochany królik, a wraz z nim – smoczek. Młoda naśladowała dźwięki zwierzątek z gumą w ustach. Próbowała produktów na obiad, częstowała nimi oczywiście królika, no i jeszcze mając pełne usta z powrotem sięgała po smoczek. No i zęby…

Córeczka nie dała się przekonać do smoczków z twardszego kauczuku, rzucała nimi i się bardzo złościła. Pozostała więc przy stosunkowo miękkim produkcie, który potrafiła przegryźć. Może i dobrze, bo twardsze smoczki bardziej negatywnie wpływają na wyrzynające się zęby i zgryz.

Jak teraz o tym myślę, to na te czy inne smoczki – żeby spróbować zmienić jej preferencje, żeby mieć „w zapasie” coś na wypadek zgubienia/przegryzienia itd.  wydałam solidne -set złotych…

 I choć córka czasem potrafiła dobrowolnie oddać smoczek, to trwało to tylko „na chwilę” – od paru minut po parę godzin, niemniej nigdy nie czułam, że się od tej metody kojenia „oddala” czy zapomina.

Kto i kiedy więc ma wybrać, że to właściwy moment, żeby ze smoczkiem się pożegnać?

Coraz częściej pojawiały się komentarze otoczenia na temat tego smoczka – a to babci, a to „życzliwych seniorek” spacerujących w tym samym, co my parku. Zaczęły wstępować mi na plecy zimne poty, uruchomiło mi się myślenie: „matka-psycholog i nie wie, co ze smoczkiem zrobić”. Pohamowałam jednak impuls przerzucenia literatury fachowej na ten temat i opracowania „planu terapeutycznego” dla swojego dziecka. Powiedziałam sobie, że przede wszystkim jestem matką swojej córki – obserwuję ją, używam empatii, chcę ufać sobie i jej…

No i przyszedł ten moment…

Niczego nie planowałam, po prostu naturalnie potoczyła się ta nasze historia.

Zauważyłam, że kolejny smoczek moja latorośl przegryzła. Zazwyczaj po prostu wyrzucałam taki i odpakowywałam nowy, tym razem jednak coś mnie „tknęło”. Córka od pewnego czasu uwielbiała się włączać w czynności domowe, chętnie sprzątała i asystowała we wszystkim, co było z tym związane. Objęła nobliwe stanowisko skrzata wyrzucającego do kosza na śmieci przede wszystkim zużyte listki z rolek do odkłaczania, ale też wszystkie mniejsze lub większe papierki i paprochy.

Zawołałam więc córkę i pokazałam, że w smoczku zrobiła się dziura „o, tu”, że smoczek się zepsuł „bam bam” i niestety trzeba go wyrzucić. Z pewnym wahaniem podałam go jej, brakowało mi przekonania, że ona sama pójdzie i go wyrzuci, ale jednak! Sukces można było świętować  3 minuty, bo zauważyła królika…

Jak tylko córka wzięła go w objęcia, zaczęła charakterystycznym dla niej gestem sygnalizować, że chce smoczek. Dobra, druga runda. Wytłumaczyłam, że „był przecież zepsuty, bam bam, że wyrzuciŁAŚ, no i że nie ma, że na pewno ci smutno i tęsknisz, spróbuj mocniej przytulić królika lub chodź do mamy…”

Żałość wstąpiła w to moje dziecko ogromna. Pognała do sypialni i zaczęła szukać drugiego (na szczęście był gdzie indziej). Zdążyłam zrobić w emocjach i myślach przegrupowanie – udało się odwrócić jej uwagę wymianą baterii w zabawce, którą bawiła się chwilę wcześniej.

W podobnym tonie do wieczora minęło chyba z 5 czy 6 takich rund, za każdym razem krótko w kontekście smoczka mówiłam:
– że go nie ma
– z jakiego powodu
– kto go wyrzucił
– jakie wiążą się z tym emocje – smutek, złość, tęsknota, żal
– jakie są sposoby, żeby sobie poradzić z tymi emocjami – przytulić maskotkę lub rodzica, pokołysać się na kolanach, zabawić się czymś – tu proponowałam konkrety szczególnie lubiane przez moje dziecko
– jak zastąpić smoczek – przytulić mocniej króliczka

Pierwszy poważny kryzys przyszedł, jak córka spontanicznie znalazła jakiś śmieć i pognała do kosza… No tak, nie wpadłam na to, żeby ten nieszczęsny smoczek wepchnąć gdzieś głębiej między odpadki! Zobaczyła go i znowu grochy stanęły jej w oczach. Dała się jednak przekonać do pozostawienia go w koszu przy zastosowaniu metody, jak wyżej.

Drugi większy kryzys to pierwsze zasypianie bez smoczka. Zadbałam o to, by być dla niej tego wieczora. Razem zjadłyśmy kolację, wzięłyśmy kąpiel z bąbelkami, posmarowałyśmy buzię kremem, bo bardzo to lubi. Wszystko po to, bym mogła spędzić najbliższe „wiele godzin” na utulaniu – nie chciałam, aby przeszkadzało mi moje własne uczucie głodu lub konieczność zrobienia jeszcze czegoś wieczorem, byłam gotowa do (nie)spania razem z nią.

Latorośl odpaliła rytuał – wdrapała się na mnie z królikiem gotowa do „lulania”, no i zaczęła szukać smoczka. Patrz: metoda jw. Dziecko niestety nadal było w żałości ogromnej, zaczęłam obrywać piąstkami i być odpychana. Ogromnie mi było przykro patrzeć, jak ona tęskni – przemawiałam czule, starałam się ją kołysać na kolanach, na których nadal siedziała i proponować objęcia co jakiś czas. W końcu je przyjęła – ona i królik. Leżeliśmy tak wszyscy na łóżku, a ja kołysałam i łagodnie mówiłam – o uczuciach związanych z utraconym smoczkiem, ale i o wydarzeniach z całego dnia. Płacz córki stopniowo cichł, czasem wznosiła głośny szloch, jednak w końcu leżała na mojej klatce piersiowej całkiem spokojna – i nie po wielu godzinach, ale po 30 minutach. Zastanawiałam się, o co chodzi? Czy ssie kciuka? Czy ma w buzi ucho królika? Nie! Zasnęła 10min później PIERWSZY RAZ BEZ SMOCZKA.

Trzeci, czwarty i piaty kryzys był w nocy, gdy córka się obudziła, bo śpi ten mój maluch lekko. Do tej pory zdarzało się, że wybudzał ją w nocy wypadający z buzi smoczek, o losie przewrotny…

Młoda jednak w nocy po krótkiej chwili cichego szlochania i wołania „nie nie nie” albo kładła się spać dalej, albo przychodziła do mnie przytulić się na chwilę (łóżeczko mojej córki ma zdemontowaną jedną krótszą ściankę i jest dosunięte do naszego łóżka w sypialni, dzięki temu obie mamy ułatwiony kontakt ze sobą, ale i warunki do spania we własnym łóżku).

Kolejne dni układały się w podobny scenariusz, jednak z dnia na dzień moja duma z córki i przekonanie o tym, że jednak to był „ten moment” rosła – radziła sobie coraz lepiej. Nie nastąpiło żadne załamanie wywołane rozpaczliwą tęsknotą. Córka też nie poszukała niczego w zamian – ani kciuka, ani brzegu sweterka, ani nie zrósł jej apetyt…

Za to zauważyłam, że mówi nieco więcej 🙂 I zaczęłam się w duchu śmiać, bo obecnie przede wszystkim częściej słyszę od niej „NIE!”, ale o „buncie 2-latka” może innym razem…

W czym upatruję sukcesu w przeprowadzonym procesie rezygnacji ze smoczka?

Bezpieczna baza:
– silna i bezpieczna więź z rodzicem, która pozwala na to by zaakceptować, pomieścić i przejść przez trudne emocje dziecka
– silna więź mojego dziecka z misiem-przytulanką, która mogła naturalnie ukoić i wypełnić poniesioną stratę (o misia zamierzam się długo nie martwić bądź nawet wcale, bo podejrzewam, że nie jeden z nas – dorosłych gdzieś wśród szpargałów wciąż ma swojego pluszowego przyjaciela z dzieciństwa)

Gotowość dziecka:
– dziecko zbliżało się do drugich urodzin, co rozwojowo zbiega się z przejściem z tzw. oralnej fazy rozwoju do analnej; było to widać w zabawach i zachowaniach córki – coraz rzadziej bawiła się wkładając rzeczy do buzi, bardzo lubiła gromadzenie, sortowanie i burzenie klocków, zaczęła odkładać rzeczy na „swoje miejsce” i rozumieć „ideę porządku”; w codziennych posiłkach większe znaczenie od smakowania i przyjemności z jedzenia nabrało to, że córka je samodzielnie oraz decyduje co i ile zje (kontrola), zaczęła też zwracać uwagę i nabierać świadomości pracy mięśni zwieraczy
– (oceniona wstecz) skala protestu mojego dziecka pozytywnie mnie zaskoczyła, spodziewałam się dużo trudniejszych emocji, wręcz rozpaczy nie do opanowania, którą odczytałabym jako sygnał, że nie jest ono gotowe do pożegnania smoczka
– (oceniona wstecz) córka nie szukała niczego, czym smoczek mogłaby zastąpić w swoich ustach

Właściwy moment:
– wykorzystałam „naturalną okazję” – obiektywne i mieszczące się w rozumowaniu mojego dziecka wytłumaczenie, dlaczego smoczek trzeba wyrzucić (małe dziecko nie zrozumie niepokoju dorosłego o jego zgryz, ale rozumie, że rzeczy „dziurawe” są popsute)
– zabrałam się za wszystko w weekend, przez co ciążyło na mnie mniej presji związanej z piętrzącymi się rzeczami do zrobienia, lękiem przed nieprzespanymi nocami czy oddaniem dziecka pod opiekę osób, które nie stosowałyby moich sposobów wspierania dziecka w tak trudnym momencie


Wpis stworzyłam na podstawie własnych matczynych doświadczeń, a następnie przefiltrowałam przez moje wewnętrzne „zawodowe sito”.



Michalina Markowicz
psycholog, psychoterapeuta, doradca zawodowy
Mozaika – psychoterapia, diagnoza, rozwój